Mea culpa – czyli rodzic wszystkiemu winny

Ilekroć fejsbkukowy znajomy (a najczęściej znajoma) wrzuci pytanie z działu dziecięcego, dyskusja przeradza się ze swobodnej wymiany zdań w regularną wojnę. Najdrobniejsza bzdura staje się pretekstem do darcia koszul w obronie jedynego właściwego soczku, pieluch, krzesełek, szczoteczek…Okazuje się, że na zewnątrz wyluzowani i zdystansowani (oh, najważniejsze, że jest zdrowym, roześmianym brzdącem, prawda?), w głębi duszy bez ustanku przepatrujemy wszystkie podjęte decyzje i borykamy się z wciąż tym samym pytaniem – czy jest to aby najlepsze, co możemy swojemu dziecku zapewnić? A może inni mają rację i faktycznie można było postąpić inaczej? Wybrać inną strategię (a właściwie taktykę, w przypadku dziecka planowanie długoterminowe jest zdane na niepowodzenie),  pójść do innego lekarza, podać inne pieprzone warzywko?

„Nie chcę się wtrącać, ale…”

Młoda dama

Młoda Dama.

Nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale przy moim braku fioła każdy przejaw krytyki, że już nawet nie wspomnę o krytyce per se, początkowo zbywany wzruszeniem ramion, prędzej czy później dopada mnie pod postacią tony wątpliwości. I siedzę tak, rozkminiam, ważę za i przeciw… po kiego iwana? Oraz, co dręczy mnie jeszcze bardziej, dlaczego? Jak to jest, że jesteśmy tak strasznie drażliwi na punkcie swoich dzieci? I nie chodzi mi tu o banał w rodzaju – bo to dziecię twe, krew z krwi, kość z kości i każden jeden włosek na głowie najukochańszy.  Ale to głupie porównywanie, rozwoju stymulowanie,  się za łby branie, szczepionek nie/podawanie, mlekiem sztucznym/krowim pojenie. Wpatrzyłam się w siebie, wsłuchałam w chór natrętny i doszłam do wniosku, że unosi się nad nami pokraczne widmo winy. Nie wina, winy ;-). Począwszy od pogadanek na wszelkich szkołach rodzenia i innych takich, podczas których mówi się nam, że wszelkie nieprawidłowości w rozwoju dziecka wynikają tak naprawdę z niedbałości rodziców, aż po sam język reklam, który nadaje jeden prosty komunikat: rodzicu, jeśli nie chcesz dziecka zguby… kup mu krokodyla, czy inny syf.

„To nie moja sprawa, ale powinnaś…”

Młoda Dama.

Pierwsza świeczka!

Pierwszy rodzaj winy to wina intencjonalna, kiedy wiemy, że nie powinniśmy, ale jednak się dzieje.  Bo to się zawsze po prostu jakoś samo dzieje, prawie bez naszej wiedzy. Bo płacze, ryczy, zanosi szlochem jakby ktoś łapkę ucinał, ludziska patrzą i głowami kręcą, a więc fryteczki, batoniki, ciasteczka, niech ma, skoro chce, wszystko ku chwale ciszy. Albo siedzi i ślipi przed telewizorem, mijają minuty obrazkowego ogłupienia, ale przecież czasami trzeba zrobić pranie i wtedy najlepiej jest, jak posiedzi chwilę w miejscu. Walić koncepcje żywieniowej tabula rasa, marzy się wychowanek wcinający na deser surowego pora z kalafiorem i popijającego wodą z cytryną oraz rozwiązujący sudoku i grający w szachy całymi dniami, ale to może nie dziś… Jednak nie o taką winę mi chodzi.

„Zrobisz, jak chcesz, ale…”

Gorsza jest ta druga, wina post fatum, wynikająca z niewiedzy, ignorancji, uprzedzeń, niechęci nawet, jak zwał tak zwał; prawda wynikająca po prostu z faktu, że nie wszyscy przed pojawieniem się dziecka postanowili iść na regularne studia z zakresu pedagogiki stosowanej, pediatrii i nauczania wczesnoszkolnego. Naraz.  Bo prawda, bolesna i przykra, jest taka, że popełniamy błędy.  Prawie każdy dzień to mniejsza lub większa pomyłka, błędne założenia, powtórka  z poprawką – i to jest okey, znamy to, zwie się proza życia. Ale my mówimy o dziecku, które jest od nas niesłychanie zależne. Owa zależność, stopień, w którym możemy je kształtować i wpływać na jego dalsze życie, są przytłaczające. Niby zawsze kierujemy się obiektywnym dobrem dziecka, ale na bogów, przecież nie ma czegoś takiego jak obiektywne dobro w przypadku indywidualnej jednostki!  To, że córka koleżanki  świetnie reaguje na metody wychowawcze opisane w Jedynym-I-Słusznym Podręczniku nie oznacza, że moja łyknie je bez popicia. Ba, nie oznacza to, że w ogóle będą na nią działać.

I nie musi to być ani moja, ani tym bardziej jej wina.

Myślę, że z poczuciem winy po prostu trzeba żyć.

Ale dochodzi do niego coś więcej. Skoro jesteśmy tak przytłoczeni winą, w naturalny sposób rekompensujemy ją sobie krytyką innych. Jeśli zauważymy, że ktoś postępuje wobec dziecka inaczej, i w dodatku owo ‘inaczej’ nie za bardzo nam odpowiada, nie omieszkamy wyżyć się w krytyce.

Może zanim skrytykujemy znajomego tatę/mamę, zróbmy krótki test kondycji jego dziecka:

  • czy dziecko ma podbite oko/naderwane ucho/nosi inne ślady przemocy fizycznej?
  • czy dziecko wącha podejrzany biały proszek, pali skręta, bawi się brudną strzykawką?
  • czy zamiast mleka wali setę?

 

Jeśli na każde z tych pytań odpowiedziałeś „nie”, to siedź cicho i nie wtrącaj się. Aha, i unikajcie w dyskusjach z rodzicami którejkolwiek z zaznaczonych kwestii.

Jeden komentarz

  1. Polecam profile „beka z mamus na forach” albo „chujowa gospodyni domowa”, jesli ktos chce odreagowac na podobne bzdury. Zieeeew..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *