Ghost in the Shell, czyli ile ducha w tej skorupie?

Czekanie na ten film było dla mnie procesem pełnym sprzecznych emocji. Od niepokoju, zniechęcenia, po nadzieję i ekscytację.

Byłam z tych, którzy przekonali się do Johansson w roli Major i uznali zarzuty o „wybielaniu” serii za z dupy wzięte. Z drugiej strony, nie spodziewałam się niezwykłej intrygi po tym konkretnym producencie. Obawiałam się też, czy zostanie zachowany niepowtarzalny klimat serii. W powstaniu filmu brali wprawdzie udział Azjaci, ale nie z Kraju Kwitnącej Wiśni, a z Chin.

Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości – nie uważam, żeby film był do bani. Nie jestem pewna, czy chcę zobaczyć drugą część, ale też nie wyszłam z kina zniesmaczona. Myślę, że najlepiej będzie, jak skupię się na kilku punktach zapalnych filmu.

Po pierwsze – intryga była kiepska i grubymi nićmi szyta. Wprawdzie już ostatnie anime z serii, Ghost in The Shell: The New Movie, miało sporo potknięć i nie umywało się do serialu (mam na myśli Arise), więc moje wymagania powinny być nieco mniejsze. Faktem jednak jest, że cała historia jest po prostu trywialna. Film ten miał być w założeniu thrillerem noir w klimatach cyberpunka, ale brakuje zarówno mroku (noir), jak i knujących na każdym kroku korporacji, skorumpowanych rządów i całej politycznej cyberpunkowej otoczki. Rozumiem chęć ukazania w filmie głębi głównego bohatera. Nie mam nic przeciwko temu, by cierpiał on z powodu moralnych rozterek. Niech sobie stoi na rozdrożu i nie wie, w którą stronę pójść. Problem w tym, że tutaj mamy do czynienia raczej z autostradą, którą Motoko mknie w stronę bycia nieskazitelną i wrażliwą. Ghost in The Shell w założeniu twórców nigdy nie miał być dramatem psychologicznym sensu stricte, ponieważ… każdy obraz tego typu trochę już dramatem jest. I nie dotyczy to li tylko cyberpunka. Praktycznie wszystko, co nosi łatkę science-fiction, dotyka jakiegoś istotnego zagadnienia związanego z kondycją ludzkiej duszy albo konfliktu człowiek-technologia lub człowiek-społeczeństwo. Blade Runner, Matrix, Diuna, Hyperion, Zamieć – książki te opowiadają skrajnie różne historie dziejące się często w innych światach, ale łączy je problematyka.

Tokio wygląda niesamowicie

Wracając do filmu – jest to jedna z tych produkcji, po obejrzeniu których mam ochotę napisać do scenarzystów apel: widzowie nie są głupi, nie trzeba im wszystkiego mówić wprost. Rozumiem wymogi PEGI 12, ale osoby w tym wieku też potrafią czytać między wierszami. Przytoczę Wam dialog z anime, który jest osią całej serii Ghost in The Shell oraz wszystkich filmów o Sztucznej Inteligencji i innych formach życia:

„Section 6 Department Chief Nakamura: Nonsense! There’s no proof at all that you are a living, thinking life form!
Puppet Master: And can you offer me proof of your existence? How can you, when neither modern science nor philosophy can explain what life is?

Oryginał to pytanie o to, co tworzy człowieka i gdzie leżą granice jego wolności, ale równie ważne, a w paru momentach nawet istotniejsze było pytanie o to, jak może wyglądać i z czego wykształci się sztuczna inteligencja. Moralne rozterki Major Motoko, o których pisałam kilka akapitów wcześniej, też były w anime obecne, ale istotniejsze było to, co się działo w świecie wirtualnym. I tutaj dochodzimy do kolejnego braku w filmie z Johansson: przestrzeń wirtualna pojawiała się rzadko, za rzadko. Szkoda, że nie była bardziej wykorzystana. Żadnych śmigających pasm kodu, baniek obrazujących firewalle czy innych tego typu klasycznych obrazów. Nurkowanie w czyjegoś ducha (podłączanie się do czyjegoś mózgu) przypominało trochę lądowanie we wcześniej wykreowanej rzeczywistości. Ten zabieg był tak samo absurdalny jak przedstawienie Animusa w postaci ruchomego ramienia w Assassin’s Creed.

Batou i jego nieodłączny towarzysz, basset Gabriel – kadr z filmu GiTS: Innocence

Dużym plusem filmu była muzyka, utwór z 1995 roku przy napisach końcowych wywołał u mnie łezkę nostalgii… I tu przy okazji wspomnę o tym, co w filmie sprawiło mi najwięcej frajdy – smaczki dla fanów. Ja naliczyłam ich kilka. Basset Gabriel – ulubiony pies Batou, oraz sam Batou spędzający wolny czas z nieodłączną puszką z piwem. Oczywiście, popisowy „skok wiary” Major z dachu budynku, cała scena, która powtarzała się w każdej zapowiedzi filmu (pierwsze strony komiksu, pierwsza ekranizacja anime, New Movie,…). Samo tworzenie ciała Motoko, wraz z białą substancją, która odpryskuje od jej ciała jak stado białych motyli. Odrywanie pokrywy chroniącej wnętrze czołgu – Major napinała swe syntetyczne mięśnie tak mocno, aż urwało jej się jedno ramię (w anime dwoje ramion i noga). Jedna z postaci została pochwycona za twarz przez robota w taki sam sposób, w jaki Motoko w filmie z 1995 roku. Motoko nurkująca w stawie i Batou, który czekał na nią na łodzi. Cały motyw z gościem (marionetką) pracującym w śmieciarce, jego fałszywe wspomnienia o córce i żonie (fragment ten pojawił się w pierwszym filmie i twórcą zamieszania był Puppet Master- Władca Marionetek, a nie Kuze, ale co tam). Asystentka o pajęczych palcach…

Początkowa scena tworzenia Motoko – kadr z pierwszego filmu Ghost in the Shell

Jeśli chodzi o warstwę graficzną, to nie mam co do niej żadnych zastrzeżeń – poza brakiem przestrzeni wirtualnej, ale o tym już pisałam. Największe pochwały należą się grafikom za obraz Tokio. To miasto jest piękne, szalone, oszałamiające i tandetnie kolorowe, co jednak nie jest wadą. W anime Tokio było przede wszystkim ascetyczne. Wizja hollywodzka bardziej mi się podobała. Sekwencje na ulicy, ujęcia przechodniów, domów, niezwykłych holograficznych reklam – wszystko to tworzyło spójny obraz.

Dziwna sprawa jest z powstaniem Major. Pewnie ciekawi jesteście, dlaczego w filmie nazywa się Mira Killian, a nie Motoko Kusanagi? Cóż, nie chcę zdradzać tym, którzy nie obejrzeli filmu, więc dodam tyle: historia uroczej pani cyborg jest totalnie zmieniona. Pojawia się Kuze znany z drugiego sezonu, ale jedyny wspólny motyw to… wspólna przeszłość jego i Major. A skoro Major filmowa jest inna, więc i Kuze będzie zmieniony. Jest on niestety średnio udanym konglomeratem kilku postaci z anime.

Identyczna scena jest też w filmie, brakuje tylko… sutków. Wersja hollywodzka musi mieć niskie PEGI, a wiadomo, że nie ma nic bardziej demoralizującego od sutków. Kadr z filmu GiTS z 1995 roku

Najsłabsza kreacja to niestety jedna z najważniejszych – czyli główny przeciwnik Major i sekcji 9. Może to kwestia aktora, który krzywił się paskudnie i sztucznie? A może po prostu jego rola w filmie od początku jest tak oczywista… zero zaskoczenia.

Poza nim jednak kreacje w większości był bardzo udane. Takeshi Kitano – czyli Aramaki – jest genialny. Zamierzam odświeżyć sobie anime, ale już wiem, że szef Sekcji 9 będzie dla mnie Kitano właśnie. Batou był też bardzo dobry. Togusa, chociaż brzydki, w pewnej krótkiej kwestii nieco przypominał animowanego Togusę. Żałuję trochę, że nie było więcej Saito, Bormy czy nowych członków sekcji (jak chociażby Ladriyi). Ciekawe były też kreacje postaci zupełnie w serii nowych, jak np. Juliette Binoche jako dr Ouelet, ale nawet tak epizodyczna postać jak prostytuka Lia, grana przez Adwoę Aboah, miała swój urok. Przy okazji Lia w filmie pojawiło się dyskretne nawiązanie do homoseksualności Motoko (zaznaczone w komiksie).

Ostatnia rzecz, która mnie trochę drażniła, to cenzura Major. Wychodzi na to, że Hanka Ind. stworzyła ją bez drugorzędnych cech płciowych.

Johansson daje radę 🙂

Podsumowując: mogę wystawić temu filmowi ocenę na dwa sposoby. Jako długoletni fan serii, który ma za sobą wszystkie seriale, filmy i komiksy (które udało się do Polski ściągnąć), muszę stwierdzić, że amerykańska produkcja nie dorasta anime do pięt. Hollywood miało na tacy elegancko podane dosłownie wszystko, fabułę, postacie, motywy, muzykę – w wielkich ilościach, mogli przebierać w tym morzu pomysłów jak w ulęgałkach. Postanowili wymyślić coś nowego, ich prawo, ale wolałabym, by nowa historia stworzona została na kanwie oryginalnej serii. Pomieszanie motywów zmyślonych i starych czy łączenie cech postaci jak w przypadku Kuze, wyszło średnio. Uniwersum Ghost in The Shell jest na tyle bogate, że naprawdę można w nim samemu pohasać.

Jeśli jednak odrzucę wspomnienia wszystkiego, co stworzył Shirow Masamune (komiks) i potem Mamoru Oshii (scenariusz i reżyseria), to dam temu filmowi nawet siódemkę. Gdyby odseparować się od kultu, który narósł wokół anime, to można by uznać ów film za produkcję wręcz bardzo dobrą.

Plusy:

Tokio, uliczki, reklamy, przechodnie
Batou, Aramaki i Motoko
dynamiczne, świetnie zrealizowane sceny walki
nawiązania do anime
muzyka

Minusy:

dialogi
niektóre zmiany w fabule wprowadzone na siłę
Kuze, będący połączeniem Puppet Mastera, Laughing Mana i oryginalnego Kuze/przeciwnik sekcji 9.

Na początku chciałam ocenić ten film na 6, ale zauważyłam, że tyle dostał ode mnie Assassin’s Creed, który miał sporo scen powodujących ból fanowskiej dupy, zatem finalna ocena Ghosta to:

6-7,5/10

5 komentarzy

  1. Bardzo dobra recenzja. W większości generalnie się z Tobą zgadzam. Faktycznie gdyby odseparować wszystkie powiązania z oryginałem, to pozostaje nam po prostu dobry film science fiction. Beat Takeshi wymiata! 🙂

    • Dziękuję!
      Myślisz, że zrobią drugą część? Materiału mają aż nadto. Podobno tylko sprzedaż nie poszła tak dobrze, jak zakładali…

  2. Podoba mi się Twoja recenzja 🙂 Przy okazji widzę, że muszę sobie oryginał przypomnieć, bo niektóre szczegóły już mi umknęły.

    Swoją drogą, napisałaś o komiksach, jesli jakimiś dysponujesz, chętnie bym pożyczyła 😉

    Jestem ciekawa, jak Hollywood przemieli Akirę, o ile aktorska wersja w końcu powstanie…

    • Dziękuję za miłe słowa 🙂
      Komiksy – przy okazji! Tylko ostrzegam, są ledwo strawne, bardzo naszpikowane terminologią i jakieś takie… hermetyczne.
      Co do Akiry, to się boję. Ale skupmy się na realnie istniejących filmach, np…. Obcy i Blade Runner. Baardzo jestem ciekawa tych filmów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *