Hel3 – recenzja książki

Do tej pory trudno mi było zdecydować, w jakiej formie Grzędowicz wypada lepiej – zbiór krótkich opowiadań w „Księdze Jesiennych Demonów” był znakomity, ale już „Wypychacz zwierząt” obniżył loty. Jego najbardziej znany cykl, „Pan Lodowego Ogrodu” to udane połączenie science-fiction i fantasy w klimacie trylogii Zimnego Ognia C. S. Friedman albo klasyka „Trudno być bogiem” braci Stugackich. Wizje Grzędowicza były sugestywne jak sen ze wspomaganiem i na trwałe wyryły się w mojej pamięci. I oto dostałam od przyjaciół prezent urodzinowy – najnowszą, długo wyczekiwaną powieść „Hel3„. Natychmiast zabrałam się do czytania i zajęło mi to wyjątkowo dużo czasu – takie powieści pożeram jak świeże bułeczki, a nie jak czerstwy razowiec, który trzeba bogato zakrapiać …ee, wodą, by łatwiej było przełknąć.

Może zacznę od końca – od opisu na okładce. Powinien dostać odpowiednik Złotej Maliny, bo opowiada mniej więcej to, co wydarzy się pod koniec powieści. Coś o pierwiastku, którego złoża znajdują się na Księżycu i wszyscy się o niego biją*, coś o świecie na krawędzi konfliktu (który tak naprawdę cały czas trwa, żadna enta Wojna Światowa nie czai się za rogiem) oraz o Norbercie, który został rzucony „między stalowe walce systemów” (co to w ogóle jest za zwrot?). Nie, nie, nie, nic z tych rzeczy.

Ale już z samego opisu można wywnioskować, że w książce będą poruszone tematy klasyczne dla cyberpunka. Zerkam na moją biblioteczkę w poszukiwaniu klasyków… Neal Stephenson stworzył w 1991 roku „Zamieć„, w której wizja świata hackerów przebija to, o czym śnią dziś w CD-Projekcie. Cyberpunk 2020, system RPG, od 1990 roku staje się coraz bardziej aktualny. William Gibson w 1984 roku pokazał światu „Neuromancera„, w którym temat jednostka kontra system został opisany w sposób mistrzowski. Mało mamy polskich autorów piszących w duchu cyberpunka. Niektóre powieści Dukaja, „Gamedec” Marcina Przybyłka, Ziemkiewicz… i to tylko wybrane ich książki.

I na ów gatunek połasił się Grzędowicz, chociaż Hel3 to tak naprawdę połączenie dwóch gatunków. Granicę między nimi jest fizycznie namacalna. Książka ma 500 stron. 400 z nich to nudnawy cyberpunk, a pozostałe 100 to całkiem niezłe science-fiction, niestety, z fatalnym zakończeniem.

Od strony warsztatu książka nie powala. „Pan Lodowego Ogrodu” przyzwyczaił mnie do barwnych, nieco psychodelicznych metafor, ale tutaj Grzędowicz postawił na prostotę. Oraz na szczegółowość. Towarzyszymy Norbertowi na każdym kroku. Idziemy za nim coś zjeść, włóczymy się po mieście, przeglądamy z nim Net, sklejamy filmiki, zastanawiamy się, czy kupić u wiochmenów nielegalną sopocką… Kiedy indziej zwiedzamy hotel w Karpatach, gadamy z gościem z PTSD, podziwiamy widoki za oknem, czujemy się odizolowani, jest nam smutno… strona za stroną, za stroną, za stroną. W nieskończoność. Czerstwy chleb zaczynam popijać winem i w pewnym momencie nie wiadomo już, czy to książka mnie znużyła, czy alkohol zmulił…

W dużym skrócie:

Spoiler - streszczenie

Grzędowicz napisał cyberpunk, który porusza klasyczne zagadnienie społaczeństwa żyjącego tak naprawdę bardziej w Sieci niż w realnym świecie. Oto przykład przemyślenia bohatera po tym, jak zabrano mu omnifon (odpowiednik cyberpunkowego decka/modemu, rozwinięta koncepcja smartfona):

„Niby wiedział, że wszyscy wokół grają w różne gry, spotykają się z przyjaciółmi (…), ale patrząc ze swojego krzesełka własnymi oczami, jakoś nie mógł w to uwierzyć. Każdy z ludzi wokół tkwił we własnym świecie, który nie istniał.” I dalej „nie odróżniłby prawdziwego wariata pograżonego w ataku schizofrenii od normalnego uczciwego obywatela, czkekającego przy gejcie 134 na samolot…”. Potem przez kilka stron Norbert włóczy się po lotnisku. Zieeew… Jakbyśmy tego nie mieli już dzisiaj…

Nie uważam jednak, że jest to powieść kiepska. W paru miejscach brakuje korekty, wycięłabym 50% tekstu, ale są w tym mule złote samorodki. Trudno je wyłowić, bo zebrało się sporo glonów, ale warto zwrócić na nie uwagę. Frapujący jest pomysł na rejestrowanie wydarzeń i wyciąganie ich bezpośrednio z pamięci krótkotrwałej pacjenta. Czekaj, podobny motyw był w „Ghoście”… Bardzo aktualny wydaje mi się sam zawód iwenciarza, czyli połączenie youtubera i dziennikarza. Interesująca jest postać Mechanika, preppersa i hackera w jednym, albo cała warstwa społeczna zwana wiochmenami, którzy są wyrugowanymi z podmiejskich miejscowości, a obecnie żyjącymi w swego rodzaju gettach zwolennikami „nielegalnego naturalnego jedzenia”. Ciekawie ujęta jest „idea zrównoważonego rozwoju” (Grzędowicz znany jest ze swego eurosceptycyzmu i w książce przedstawia czarną wizję na temat zjednoczonej Europy). Plus jeszcze kilka perełek, których nie chcę zdradzać, ponieważ stanowią niespodziankę (dla ciekawskich:)

Spoiler

Grzędowicz pisze tak jakby dla osób, które nigdy z cyberpunkiem i twardym science-fiction nie miały do czynienia. Sporo zagadnień tłumaczy, ale niektóre objaśnienia ocierają się o banał. Opis działania skafandrów, zakładania systemu podtrzymywania życia, rozwodzenie się nad specyfiką podejścia i dokowania do stacji orbitalnej. Pamiętam, jak Watts w „Ślepowidzeniu” opisywał, na czym polega wykorzystanie ruchów sakadycznych oka do wypracowania niewidzialności – to był hardcore. Fakt, że stacja orbitalna porusza się po orbicie, więc trzeba idealnie wyliczyć moment dokowania, jest oczywisty. Pierwszy lepszy zjadacz science-fiction zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest to temat na wykład! Dolejcie mi więcej wina!

Fabuła rozwija się bardzo wolno. Akcji typowych dla najemników jest garstka. Postacie są słabo zarysowane, a szkoda – oczekiwałam ciekawych, barwnych charakterów, trochę jak u Ziemiańskiego. Norberta można opisać następującymi słowami: zagubiony, przerażony, zmęczony, oszołomiony, utalentowany, lojalny. To on. Zero opisu wyglądu, jakichś charakterystycznych gestów, nic o nawykach. Norbert to taki everyman i rozumiem to zagranie. Ale przez to totalne rozmycie do samego końca pozostał mi obojętny.

Niewątlpiwie jednak świat wykreowany przez Grzędowicza jest ciekawy. Mam wrażenie, że tak jak Crichton pisał książki pod filmy, tak na podstawie Hel3 możnaby stworzyć system RPG albo grę komputerową. Mielibyśmy połączenie Deus Exa, Ghost in The Shell, Johny’ego Mnemonica (w którym zresztą pojawiła się koncepcja przenośnej pamięci).

Moja końcowa ocena? Muszę przyznać, że nie jest mi łatwo. Gdyby napisał to debiutant, dałabym książce 7/10, bo przecież młody jeszcze się wyrobi. Ale taki doświadczony pisarz nie może sobie pozwolić na tak miałką i marną książkę. Z bólem daję Hel3 4/10.

* Spoiler

2 komentarze

  1. Nie miałem jeszcze okazji przeczytać Hel3. Szczerze mówiąc zastanawiałem się, czy w ogóle warto po nią sięgnąć. Dzięki tej recenzji dowiedziałem sporo o książce, i co najważniejsze teraz już wiem, czego mogę się spodziewać 🙂 Za każdym razem, gdy zaczynałem czytać ,,Pana Lodowego Ogrodu”, nie mogłem ani na moment oderwać się od tej książki. Pewnie dlatego przeczytałem ją kilka razy z rzędu 🙂 Spodziewałem się, że kolejne książki Grzędowicza, będą trzymały poziom, albo nawet okażą się lepsze od ,,Księgi Jesiennych Demonów” czy ,,Pana Lodowego Ogrodu”. Dobrze, że przeczytałem Twoją świetną recenzję Hel3. Nie wiem dlaczego, ale gdy zobaczyłem ocenę, którą dałaś książce (4/10), mam ochotę aby ją przeczytać. Tak z ciekawości 😀

    • Koniecznie daj mi znać, co myślisz o książce. „Pan Lodowego Ogrodu” też mi się podobał, do samego końca. Wszystkie tomy pożerałam ;-). A tutaj taki klops… Mówi się „trudno” i żyje się dalej. Dziękuję za opinię 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *