Guardians of the Galaxy 2- zgrootowani

Na świeżo zapraszam do recenzji Strażników Galaktyki, których miałam przyjemność obejrzeć w piątek.

Był to pierwszy w tym roku film, który był dokładnie taki, jak się spodziewałam. A spodziewałam się dobrej bezpretensjonalnej, ale nie głupiej rozrywki. Nawet się śmiałam! 5 razy!

Mocną stroną pierwszej części były klasyczne utwory, i tutaj było podobnie. Strażnikom towarzyszyła świetna muzyka, idealnie dopasowana do klimatu scen. W przypadku kiedy mamy do czynienia ze starymi przebojami w nowej oprawie wizualnej nasuwa się myśl, że właściwie po co odkrywać koło od nowa, kiedy to, co dobre, jest na wyciągnięcie ręki (ok, wiem, prawa autorskie swoje kosztują…). Cudowny Cat Stevens i jego „Father and son” rozbrzmiał w idealnym momencie i wiem już, że będzie to jedna z tych scen, które będę długo pamiętać.

Ale film to nie tylko muzyka, ale też efekty wizualne. A te były świetne, ale schodziły na dalszy plan – ciężar filmu doskonale oddała pierwsza scena, w której Strażnicy na zlecenie Suwerenów tłuką się z wielką ośmiornicą. Kamera nie odkleja się ani na chwilę od maleńkiego Groota, a cała walka toczy się w tle. Mały drzewiec pląsa sobie beztrosko, zupełnie nieświadom dramatu, jaki toczy się za jego plecami. Jeśli miałabym się upierać, by oddać sens tego filmu w kilku słowach, to powiem, że jest on o dobrej zabawie z paczką znajomych. I o tym, że rodzice nie zawsze potrafią się bawić tak, jak dzieci.

Siostry lepiej nie wkurzać, z siostrą lepiej w zgodzie żyć…

Mimo dzikich efektów graficznych, film jest bardzo komiksowy. Mam wrażenie, że klimatem trzyma bardziej z klasycznymi historiami o superbohaterach, niż ze współczesnym kinem science-fiction, które nurza się w noir jak w smole. Żeby nie było, że mi przeszkadza jedno albo drugie. Współczesnemu kinu science-fiction coraz lepiej wychodzi przekazywanie ambitnych treści. Z przyjemnością odnotowuję sporą ilość dobrych obrazów, ale trochę niezobowiązującej rozrywki nigdy nie zaszkodzi.

Strażnicy nie są przesadzeni w żadną stronę. Po nieco przegadanym Ghost in the Shell (recenzja tutaj), najnowszy obraz Marvela dobrze trzyma pion – nie przechyla się ani w stronę dramy (aczkolwiek bohaterowie mają swoje rozterki), ani pastiszu, ani tym bardziej półtoragodzinnego popisu speców od efektów specjalnych. Walki kosmiczne i na lądzie są świetne, ale trzymają się swej definicji – „oprawa graficzna” to wszak tylko oprawa. I tylko pewnym przerażeniem napawa mnie fakt, że świetnie bawiłam się przy scenie największej rzezi, której dokonała pojedyncza strzała (aha, pewnie się domyślacie, że pojawił się niebieskoskóry Yondu Udonta). Co to się z człowiekiem dzieje…

Mały Groot i instrukcja obsługi przenośnej bomby…

Uniwersum Strażników kojarzy mi się trochę z tym z Piątego Elementu. Obcy są przesadzeni, kolorowi, walki nienormalne, bohaterowie zdecydowanie nie do zamordowania, a kontrasty społeczne – znowu – bardzo komiksowe. Zwłaszcza jeśli zestawi się brudną hałastrę piratów ze sterylnymi czubkami z królestwa Suwerenów o złotych twarzach. Ja nie wiem, jak ten kosmos jeszcze się nie rozleciał na kawałki.

Tym razem Groot i Rocket nie ukradli całego show. Owszem, maluteński Groot był przesłodki i rozbrajająco nieporadny, a Rocket jak zwykle wyszczekany, ale pozostali bohaterowie nie stali grzecznie z tyłu robiąc za tło dla tej kosmicznej pary.

Wyjątkowo dobry był Drax, który, przypomnę, nie zna się na sarkazmie, metaforę myli z passiflorą, a krwiożerczość z wrażliwością. Ma też wspaniały śmiech, którym zaraża wszystkich wokół jak grypą. Rewelacyjne były jego relacje z Mantis, przedstawicielką obcej rasy, która uczy się empatii (z jakiegoś powodu na nauczyciela obrała sobie właśnie Draxa) i wyczuwa emocje innych istot. Drax nie potrafi też kłamać, więc znajomość z delikatną Mantis rozwija się bardzo nietypowo.

Peter mnie nie rozczarował, bo nawet podczas najbardziej epickiej sceny wyszedł z niego nerd i dzieciak, za co go uwielbiam.

Peter Quill at his best!

O dziwo, najsłabiej wypadła moja ulubiona postać z jedynki, czyli Gamorra. Cały czas odnosiłam wrażenie, że się hamuje – w relacji z Peterem, który jej nadskakiwał, z Rocketem, który ją wkurzał i Nebulą, która próbowała na wiele sposobów ją ukatrupić. Zielonoskóra zabójczyni wahała się między byciem oziębłą suką a wrażliwą divą, z czego w końcu wyszła zmęczona życiem kobieta w średnim wieku, która próbuje poukładać sobie życie, ale nie chce się przy tym napracować. Już Nebula była bardziej przekonująca i zapowiada się, że w kolejnej części też nieźle namiesza.

A skoro było tak dobrze, to pozwolę sobie na małe życzenie – może gdzieś tam moje myśli dotrą do włodarzy Marvela – bardzo bym chciała dostać taką trochę doroślejszą wersję Strażników. Tylko broń ich Thorze, nie w stylu DC – Batmana, który na ostatnim filmie tylko leżał i płakał (a ja wraz z nim, bo jak można tak wykoślawić postać!), ale tak bardziej Deadpoolowo. Czyli chciałabym usłyszeć Rocketa bez cenzury, bo już teraz jest dobrze, ale mogłoby być za*@&iście. Drużyna Strażników to zbieranina badassów, ale okrzyki w stylu „idioto” brzmią jakby ich ktoś werbalnie wykastrował.

Zatem… kończę tę recenzję, bo samo wspomnienie Strażników napawa mnie energią, że aż mam ochotę pobiegać. Jest naprawdę dobrze, szybko, śmiesznie – dokładnie tak, jak powinno być.

Przy okazji zapraszam na moją recenzję pierwszego epizodu opartej na „Strażnikach” gry Telltale Studio na serwisie Ja, Rock!.

Zdjęcia: Guardians Of The Galaxy Vol. 2. ©Marvel Studios 2017

Plusy:

➕ Drax the Destroyer, Rocket, Groot i Peter
➕ Yondu <3
➕ świetna muzyka
➕ żywiołowa, ciekawa walka
➕ fajne dialogi między postaciami

Minusy:

➖ główny zły oraz jego motywy – bueee

Ocena:

9,5/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *