Szczepan Twardoch – podróż do krainy cierpienia

Twórczość Twardocha nieco odbiega od klimatów, w których najczęściej się obracam. To nie jest fantasy. Ale jego opowieści mają w sobie coś, co każdy fan fantasy lubi.

Dziś chcę zachęcić Was do jego ostatnich kilku powieści: Morfina (2012), Drach (2014) oraz Król (2016). Swego czasu były to bardzo głośne powieści, które dostały wiele prestiżowych nagród literackich (m.in. Paszport Polityki dla „Morfiny”). Ja jednak chcę zwrócić na nie Waszą uwagę ze względu na wciągającą intrygę połączoną z ciekawą grą z czytelnikiem.

Książki te opowiadają o wielu sprawach i zawsze nie o tym, czego się spodziewamy. Twardoch zaskakuje i wodzi na manowce. Kierunek, w którym zmierzają jego historie, jest tak kuszący, że zawczasu nabieram się i wierzę, że faktycznie stanie się tak, jak to sobie (i czytelnikowi) obiecują bohaterowie. I zawsze nabieram się na tę kreowaną przez Twardocha iluzję szczęścia, niepomna tego, co mnie spotkało w poprzednich książkach.

Tak jest np. w Królu. Jego bohater jest szalony, ale konsekwentnie wykorzystuje swoje skłonności i porywczość. Zdawać by się mogło, że odnalazł się w kiepskiej sytuacji, ułożył sobie życie. Potem jednak okazuje się, że wszystko było kłamstwem.

Szczepan Twardoch „Król”

Kłamstwo

Bo o tym opowiada Twardoch. O strasznych kłamstwach, które obracają życie w ruinę. I to nie o tych wielkich i strasznych kłamstwach głośnych na cały świat, ale o serii małych oszustw, które wikłają człowieka jak pajęczyna. Czarna wdowa tylko czeka, aż sami, podrygując, zaplączemy się jeszcze bardziej. Pod koniec jej nadejście przyjmowane jest z ogromną ulga. Bohater Morfiny, Konstanty Willeman, został ulepiony z wyobrażeń i fanaberii swojej matki – ustawiła mu całe życie w każdej sferze. W pewnym momencie przedstawiana jest jako orlica, która niepodzielnie rządzi życiem potomka. Jeśli szukaliście kiedyś opisu toksycznej miłości matki i dziecka, w Morfinie znajdziecie jej obraz – tak samo wyrazisty jak przerażający.

Cierpienie i pasja

Twardoch pisze też o pasji, pożądaniu, które wyłącza racjonalne myślenie i popycha człowieka do zupełnie absurdalnych czynów. Tak jak w Morfinie, która idealnie pokazuje, jak można utracić wszystko, słuchając podszeptów demona. Albo w Drachu, którego bohater całkiem dosłownie traci zmysły. Zapalnikiem szaleństwa nie zawsze jest tragiczne wydarzenie. Częściej obserwujemy powolne i nieuchronne staczanie się w otchłań.

Szczepan Twardoch „Drach”

Mistycyzm

Szepty, demony, latające wieloryby, smoki. Motywy mistyczne są na stałe obecne w twórczości Twardocha. Jednak ich niejednoznaczność powoduje problemy z klasyfikacją – czy jest to proza magiczna? Nie sądzę. Magia zresztą ma swoje uzasadnienie i idealnie pasuje do realiów.

Realia

To kolejny powód, by czytać Twardocha. Realia Warszawy w przededniu wybuchu II Wojny Światowej oraz podczas okupacji niemieckiej. Śląsk z początku XX wieku i obecnie. Język, ubrania, architektura – Twardoch umiejętnie maluje sugestywny żywy obraz miast i ludzi z tamtych lat. Postacie są pełnokrwiste, a nawet te, które oparte są o figury realnie istniejące, nie przypominają posągów. Są brudne na swój ludzki sposób i bardzo autentyczne. Ktoś nazwał prozę Twardocha „cielesną” – i tacy są jego bohaterowie.

Szczepan Twardoch „Morfina”

Bohater

Twardoch kreauje człowieka najpierw w iście eposowym stylu. Heros, gdy go poznajemy, znajduje się u szczytu swych umiejętności. Młody mężczyzna, często żonaty albo w jakiś sposób towarzysko spełniony, ma dzieci, które kocha, wykonuje pracę, która jest doceniana, a nawet jeśli należy raczej do szlachetnej kasty bon vivant, to przynajmniej posiada dobry status. Pełnia szczęścia i całkowita samorealizacja. A jednak – jest w tym jakaś rysa. Towarzyszymy mu w codziennym życiu, od sypialni, przez kuchnię, na ulicę, do kawiarni i pokoju schadzek, potem do teatru i mordowni, a potem z powrotem do łóżka. W międzyczasie jego idealny portret, zupełnie jak w przypadku Doriana, nabiera brzydkich rysów. Wyłania się dziwna twarz, mało ludzka i niepokojąca.

W pewnym momencie widzimy człowieka, który niszczy siebie i wszystko wokół, ale, co najlepsze, do końca wydaje mu się, że czyni dobrze. Nam zresztą też. Tylko mu nie wychodzi. Ponieważ jakim by nie był bydlakiem (a są tacy, np. tytułowy Król), to jednak czujemy do nich nieprzeparta sympatię i kibicujemy do ostatniej strony. Bo może jednak się opamięta, nie skręci w ten najczarniejszy zaułek.

Szczepan Twardoch

O Twardochu wiele można by jeszcze napisać i z pewnością znajdziecie w siebie wiele świetnych interpretacji jego twórczości. Zachęcam, byście nie dali się przestraszyć klasyfikacją książek Twardocha do wielkiej literatury. One są po prostu fajne, wciągające i mocne.

_________________________________

Do tej pory w Polsce pojawiło się siedem powieści Szczepana Twardocha, cztery zbiory opowiadań i biografia. Jego opowiadania drukowały też Nowa Fantastyka, SFFH (skrót od świetnego miesięcznika, który kilka lat temu niestety zniknął z rynku – Fantasy, Science Fiction i Horror), oraz można je było znaleźć w paru antologiach, które wielbicielom fantastyki są dobrze znane (m.in. „Małodobry”). Zatem pisarz ów jednak ma związek z lubianym przeze mnie gatunkiem.

Dziękuję Miłoszowi za polecenie mi „Morfiny” – to dzięki Tobie sięgnęłam po Twardocha!

Źródło zdjęcia na stronie tytułowej: newsweek.pl.

6 komentarzy

  1. Sam nie wiem czy to jest coś dla mnie. Dobry tekst, ale chyba muszę przemyśleć czy się w to angażować.

  2. O, to już znacznie bardziej moje klimaty niż fantastyka! Przeczytałam Morfinę i oceniam ją na plus, Dracha słuchałam w radiu i mam apetyt na dalszą lekturę, więc pewnie niedługo sięgnę też po Króla. 🙂

  3. Uwielbiam w twórczości Twardocha to, jak bardzo zmienia się jego narracja w każdej powieści, jak się przepoczwarza, by dostosować się do miejsca i czasu akcji, do fabuły – i jak świetnie opowieść budowana jest poprzez język tej narracji. Podoba mi się, że Twardoch nie boi się grać z językiem.

    „Drach” mnie powalił, ta nadbudowywana atmosfera nadciągającego fatum, to przekonanie, że wczoraj, dziś i jutro przeplatają się, prowadząc każdego z bohaterów do upadku – są jednocześnie przytłaczające i fascynujące.

    „Król” też jest genialnie napisany – poza tym doskonale słucha się go w wersji audiobookowej, czytanej przez Macieja Stuhra. Tutaj z kolei podobał mi się nie tylko malowniczy opis warszawskiego półświatka w przeddzień II wojny światowej, ale też sposób poprowadzenia akcji – wydarzenia narastają lawinowo, przyspieszają, spiętrzają się – i raptem następuje wyciszenie, gdy cień wieloryba snuje się sennie nad miastem… Robi się onirycznie, choć jeszcze przed chwilą było brutalnie i nawet strasznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *