Klikalny tytuł: emancypacja w grach wideo

Ohohohoho

Ciekawe, co sobie pomyśleliście, widząc taki tytuł. Że pójdę w ostrą polemikę z modą na śliczne żeńskie postacie, a może że bezlitośnie zroastuję jakiegoś dziennikarza, który w całkiem znanym i szanowanym magazynie umieścił swoją faplistę, argumentując to próbą odnalezienia niezależnych kobiecych postaci? W sumie przydałby się jakiś mądry cytat na początek, bo to też jest mile widziane. Eco zawsze na propsie.

Niech będzie motto: „cycki nie czynią bohaterki”. Uważam, że doskonale wpisuje się ono we współczesny dyskurs na temat równouprawnienia w wirtualnych światach, gdyż jest tak samo miałkie i naiwne.

Na potrzeby tego tekstu przyjmuję najbardziej ogólną i suchą definicję emancypacji, która mówi, że wszystkie osoby/grupy ludzi mają równe prawa, w tym przypadku – bez względu na deklarowaną płeć. W świecie wirtualnym emancypacja osób definiujących się rodzajnikiem „ona” może przejawiać się w pełnej dowolności wykonywania wszelkich zawodów/profesji, ale też misji i ról pełnionych w społeczeństwie.

Emancypacja nie ma zatem nic wspólnego z faktem, że kobieta o wymiarach 100x60x100 biega w stringach. Oznacza raczej, że kobieta o wymiarach 100x60x100 biega w stringach i napierdala młotem orki a potem zostaje królem. Albo strzela gola, bo od tego mamy wyobraźnię i wirtualny silnik, żeby jej to umożliwić i wszelkie płacze kurwinistów odnośnie do tego, że nie może być kobiety w męskiej drużynie futbolowej, gdyż IRL kobiece organizmy są słabsze, nie mają racji bytu. W wirtualnym świecie kobieta od mężczyzny różni się barwą i proporcją pikseli w okolicach dupy i cycków. Serio, serio.

I na tym mogłabym w zasadzie skończyć, bo praktycznie w każdym RPG da się stworzyć kobiecą postać dorównującą sile mężczyznom, ale też można powołać do życia faceta szydełkującego różowe ciuszki dla pudli (tzn nie znam takiej gry, ale chętnie pogram, bo lubię robótki ręczne). Tyle że musiałabym zignorować gry z narzuconą postacią protagonistki, a takich jest całkiem sporo. To jak to zatem wygląda? Nie będę robić listy gier, spróbuję pogrupować je zgodnie z często rzucanymi argumentami.

Silne charaktery o delikatnych twarzach

W moim ukochanym Devil May Cry V sytuacja wygląda jak w większości gier azjatyckich, niestety. Również w ogrywanym teraz Final Fantasy VII Re. Nie chodzi o to, że brakuje kobiet silnych fizycznie czy o mocnych charakterach. Chodzi o to, że brakuje kobiet równie ważnych co mężczyźni. Na dłuższą metę wszystko kręci się wokół facetów – to oni nadają fabule początek i koniec, są alfą i omegą, to oni stanowią oś przygody, to relacje między nimi wywindowane są na pierwszy plan. Dante i Vergil, Sephiroth i Cloud – tutaj się najwięcej dzieje, dziewczyna może co najwyżej zostać porwana i przybrać postać demona (Lady, Trish) albo można ją zabrać na randkę na diabelskim młynie (Tifa, Aeris). Nawet jeśli wziąć pod uwagę ważną rolę Aeris, wciąż pozostaje ona klasyczną healerką/ofiarą. Nawet jeśli chłopaki padną w bitwie bez wsparcia Nico, jest ona tylko supportem/mechanikiem.

Epatowanie seksapilem jako wyraz wyzwolenia

Dobrze, a co chodzi z Bayonettą? Wyemancypowana, niewyemancypowana? Moim zdaniem, za mało jest tutaj odniesień do roli mężczyzn w świecie Bayonetty, by cokolwiek stwierdzić. Konflikt między wiedźmami i czarownikami (Witches i Sages) sprowadza się do filozofii życia i rodzaju wykorzystywanej magii, ale nie jest to wojna płci. Zgromadzenie Umbra Witches to same kobiety, akademickie sorority w najgorszym wydaniu. Sam zaś wygląd Bayonetty nie ma nic wspólnego z emancypacją czy wyzwoleniem – chyba że byłby jawnym złamaniem praw obowiązujących w tym uniwersum, i to praw narzuconych najlepiej przez mężczyzn. Wtedy jej ubranie złożone z włosów można by uznać za deklarację buntu.

Tylko bez kwiatków

Nie chodzi o to, że postać z cyckami ma nie być delikatna ani nie nosić sukienek. Nie chodzi o to, że ma bez skrępowania eksponować dekolt. Zresztą, sam wizerunek silnych kobiet o posturze traktorzystki też jest krzywdzący, bo odnosi się do popularnych stereotypów na temat lesbijek.

Chodzi o kontekst. W moim rozumieniu emancypacja kobiet w grach przejawia się na dwa sposoby – albo w danym uniwersum płeć nie ma wpływu na powodzenie w życiu (finansowe, zawodowe), albo wręcz przeciwnie – proporcje między przedstawicielami różnych grup są nierówne, ale postać walczy z nimi, uwidaczniając problem i ukazując, że niewolenie jej jest błędem. Emancypacja może być zatem przedstawiona w sposób bierny albo aktywny.

I to z tą pierwszą mamy najczęściej do czynienia. W większości RPG (gdzie różnica między płciami sprowadza się do opcji romansowych, przy założeniu, że społeczeństwo w danym uniwersum stanowią głównie osoby hetero) czyli też w Assassin’s Creed: Odyssey, w grach typu Tomb Raider (fun fact: Lara walczy tylko z mężczyznami) czy Uncharted: The Lost Legacy, czyli w produkcjach ukazujących kobiece postacie radzące sobie równie dobrze, co hipotetyczny mężczyzna podstawiony w ich miejsce.

Z Horizon Zero Dawn jest nieco inaczej – po czasie okazuje się, że Aloy nie jest tylko typowym fantastycznym bohaterem, którego oczami obserwujemy wydarzenia, podczas gdy on sam jest praktycznie zbędny. Stanowi ona oś fabuły, na równi z jeszcze jedną kobietą, której funkcja w świecie jest wręcz bliska bogu. Ponadto emancypację w wykonaniu Aloy rozumiem jako pełnienie swojej roli bez względu na obowiązujący kodeks oraz naciski społeczeństwa. W pewnym momencie pojawia się postać, która próbuje sterować jej losami, ale Aloy owej władzy nie uznaje. Tutaj jednak emancypacja wykracza poza kwestie płci.

Myślę, że w każdej rozmowie o roli kobiet w grach wideo powinien paść przykład czarodziejek z Wiedźmina, których wizerunek jest zresztą kontynuacją wzorca przedstawionego w książce. Wiara Geralta w to, że Yennefer potrzebuje jego pomocy, ciska nim z jednego końca mapy na drugi, podczas gdy tak naprawdę jego ukochana radzi sobie nad wyraz dobrze. I wcale go nie potrzebuje. Co więcej, zdarza jej się traktować go wręcz przedmiotowo, jako typowego chłopca do bicia.

Wymieniać można by dalej. Interesująca jest relacja między Ellie i Joelem w The Last of Us, zaś druga część zapowiada się nad wyraz smakowicie w warstwie obyczajowej. Na pewno ciekawy jest wątek nierówności społecznych w uniwersum Dragon Age, chociaż tutaj znowuż mamy do czynienia z uniwersum fantasy, a w tych z reguły popularne jest dążenie do sprawiedliwości (chyba że mówimy o Tyranny).

Daleka byłabym jednak od stwierdzenia, że jest dobrze. Tak samo jak nie powiem, że jest całkowicie źle. Gry wideo nie są remedium na bolączki współczesnego świata – nie chcę, by wszystkie sprowadzały się do ukazywania „lepszych nas”. Z wielkiego zbioru tytułów będę wybierać te, w których bohaterki są silne i krnąbrne, ponieważ granie nimi sprawia mi przyjemność, chociaż przyznam Wam się, że męczy mnie udowadnianie swojej wartości również w wirtualnym świecie.

Peace

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *