Fire Wars, Star Fly – moje ulubione kosmiczne epopeje

… czyli dlaczego każdy fan Firefly pokocha Star Wars: Rebels?

Uwaga – tekst ten pisany jest przez fana, który należy do gatunku kanapowo-blogowych wielbicieli, a nie omnibusów znających na pamięć wszystkie dialogi i fakty, o których nie ma pojęcia pewnie nawet sam reżyser. Myślę, że potrafiłabym odpowiedzieć na maksymalnie połowę pytań z gwiezdnej Trivii. Poza tym przestrzegam, że artykuł pełen będzie bezkrytycznej i niepoprawnej egzaltacji, zupełnie nieprzystającej dorosłej osobie. Czujcie się ostrzeżeni!

Kowboje w kosmosie

Firefly logo

Najpierw przedstawię Wam moje dwie fascynacje. Firefly to kultowy serial science-fiction, przedwcześnie zarżnięty przez stację Fox po zaledwie jednym sezonie… Firefly jest dla wielbicieli gatunku prawdziwą perłą, to jedyny w swoim rodzaju western w kosmosie. Zawiera w sobie wszystko to, co najlepsze w przygodowym science-fiction: bogaty świat pełen kulturowych nawiązań, ale też oryginalnych idei, fantastycznie wykreowanych bohaterów (tutaj dodatkowo zagranych przez świetnych aktorów, m.in.  Nathan Fillion w roli Malcolma Reynoldsa), cięte dialogi, ładne, wielokrotnie nagradzane efekty specjalne (Emmy 2003), potyczki w kosmosie. Szczyptę romansu i walki. Intrygę polityczną w tle i niełatwe dylematy moralne. Wciąga, zostawia poczucie niedosytu, a na otarcie łez pozostaje nakręcony później, domykający niektóre wątki film pełnometrażowy Serenity z 2005 roku oraz komiksy autorstwa scenarzysty serialu, Jossa Whedona.

Rebelianci na rubieżach Galaktyki

Z kolei Gwiezdne Wojny to… cóż, dużo więcej niż oryginalna trylogia, popsute pierwsze trzy części i na nowo zaserwowane przez Disneya produkcje. To masa książek (w większości, niestety, słabych), komiksów i gier komputerowych, z rewelacyjnym Knights of the Old Republic na czele.

Trochę inny Tie

Nieregulaminowe barwy? Ten TIE to arcydzieło lothalańskiego abstrakcjonizmu geometrycznego! (Star Wars: Rebelianci)

Mimo wysokiego stopnia naiwności, skrótów logicznych i głupoty heroicznej bohaterów, trzeba zmierzyć się z faktem – dzieło Lucasa to jeden z kamieni milowych współczesnej science-fiction. Deal with it and may the force be with you… A Star Wars: Rebelianci to animowany serial, powstały już za rządów Disneya, którego akcja toczy się przed Nową Nadzieją, czyli czwartym epizodem kinowym – dokładnie pięć lat przed bitwą na Yavinie (to ta, w której Gwiazda Śmierci robi bum). Ładnie animowany, ciekawie napisany, z dużą dawką humoru i dobrze wymyślonymi postaciami.

Do Rebeliantów podeszłam z dużym dystansem, tym bardziej, że ich grupą docelową są nastolatki. Tymczasem serial bardzo przypadł mi do gustu, gdyż odkryłam, że łączy klimat rewelacyjnego Firefly’a z magią starych, dobrych Gwiezdnych Wojen.

Co łączy Firefly z Rebeliantami?

W obu seriach mamy do czynienia z grupą szmuglerów działających na granicy prawa, albo ową granicę często i chętnie przekraczającą. I w obu przypadkach szybko okazuje się, że pozornie zepsuci bohaterowie, tak naprawdę są dobrymi ludźmi (lub obcymi), ale okoliczności zmusiły ich do podjęcia drastycznych działań. Można by zacytować z Wiedźmina: społeczeństwo uczyniło mnie tym, kim jestem. Zarówno kapitan Malcolm Reynolds jak i Jedi Kanan Jarrus są ludźmi walki, których ideały zostały pogrzebane wraz z upadkiem systemu, w którym żyli. Dla Malcolma, dawniej sierżanta Brązowych Płaszczy (Browncoats) była to przegrana rodzimego świata w wojnie z despotycznymi władzami federalnymi. Z kolei Jarrus jest ocalałym z pogromu Jedi, dokonanego zgodnie z rozkazem 66, wydanym przez Palpatine’a. Jarrus ukrywa swą prawdziwą naturę i pędzi żywot rabusia i szmuglera. Zresztą, porównajcie sobie nazwy formacji, z którymi utożsamiają się owi panowie – Rebelianci i Niezależni (Rebels and Independents). Łączy ich też nienawiść do obecnego reżimu – czyli do Imperium i Sojuszu (Alliance).

Kolejnym ciekawym rysem tych postaci jest ich westernowy charakter. To kowboje. Działają na rubieżach cywilizacji. Są klasycznymi gunslingerami (mimo że jeden z nich coraz częściej sięga po miecz świetlny). Są sarkastyczni, wybuchowi, ale też, kiedy zajdzie potrzeba, pełni skupienia. Mają dzikie pomysły, które drużyna kwituje pełnymi przerażenia spojrzeniami, by następnie.. skwapliwie rzucić się do realizacji planu. Pewnie łatwo się domyślić, że obu panów uwielbiam. Nie ma nic bardziej wzruszającego niż dobrzy, zranieni faceci walczący z przeciwnościami losu.

  • "Serenity"
    Serenity - frachtowiec klasy Firefly. (Firefly)

Ich statki: Serenity i Ghost to stare kosmiczne krypy, frachtowce, które służą bohaterom jednocześnie za środki transportu i domy. Oba wymagają nieustannych napraw, żłopią tyle paliwa, że załogi ledwo wiążą koniec z końcem, a mimo tego jakimś cudem stale umykają bardziej zaawansowanym technicznie przeciwnikom (no, dobra, trzeba się bardzo starać, by nie uciec myśliwcom TIE).

Podobieństwa innych członkiń i członków załogi Ghosta oraz Serenity można by mnożyć. Stanowią oni ciekawy misz-masz różnych archetypów postaci przygodowych. Na szczęście, załoga Ghosta to nie kopia załogi Serenity, ale pewne podobieństwa występują. Tych postaci po prostu nie można nie polubić!

Pilot i kapitan Ghosta – Hera Syndulla, jak każda Twilekanka, jest śliczna i powabna, ale niech Was to nie zmyli. Nie dla niej rola służki obślizgłego Jabby Hutta. Hera łączy w sobie optymizm Hobana „Washa” Washburne, pilota Serenity, oraz zdecydowanie jego żony, Zoe.

Jeśli chodzi o Garazeba Orreliosa, należącego do rasy Lasatów, to tutaj nie ma wątpliwości – to wykapany firefly’owy Jayne Cobb, wybuchowy mięśniak. Panów różni to, że Garazeb ma kręgosłup moralny, a Jayne… sprzedałby własną matkę. Przy okazji ciekawostka – Lasaci są ukłonem w stronę początków uniwersum, gdyż tak według jednego z projektów mieli wyglądać Wookie… Dzięki temu, że Lucas wybrał inny projekt Ralpha McQuarrie’go, Chewbacca porósł futrem.

  • Hoban i dr Simon
    Wesoły pilot "Serenity", Hoban "Wash" Washburne. Po prawej doktor Simon Tam. (Firefly)

Tak, jak Ezra Bridger z Rebeliantów ma młodzieńcze problemy z midichlorianami, River Tam musi nauczyć się panować nad swoimi mocami psionicznymi. Oboje wymykają się czasem spod kontroli i muszą się nauczyć życia w grupie. Ich moce dają im szansę na odmienienie otaczającego ich świata.

Geopolityka światów Firefly i SW: Rebelianci jest bardzo podobna. Sojusz to państwo totalitarne, wyposażone w armię agentów, specjalnych jednostek (Hands of Blue) i skomplikowany aparat represyjny. Bezwzględnie dławią wszelkie przejawy niezadowolenia, jakąkolwiek krytykę. A Imperium to dyktatura pełną gębą, ze świetnie wyszkolonymi agentami, sithami i …  można zrobić kopiuj-wklej z poprzedniego zdania i wszystko będzie się zgadzać.

StarWars: Rebelianci w wersji LEGO

Rebelianci doczekali się swojej wersji LEGO. Firefly dostał swoją szansę w ramach projektu LEGO Ideas, ale mimo zebrania wymaganych 10 tysięcy głosów internautów, nie wszedł do produkcji.

Z powyższego opisu reżimów można się domyślić, że działalność drużyn, poza przemytem i innymi rodzajami szemranych interesów, polega też na wspomaganiu ruchu oporu. Oczywiście, w pewnym momencie działania wykraczają poza drobne akty sabotażu czy kradzieże imperialno-sojuszowego mienia, ale w końcu oba te seriale robione są z podobnym rozmachem. Również tempo akcji jest takie samo. Na początku obserwujemy załogi Serenity i Ghosta jako jednych z przegranych, ale nie pokonanych, próbujących dać sobie radę w nieprzyjaznej sytuacji politycznej. Jest wielu takich, jak oni. Jednak w pewnym momencie przyjdzie im odegrać ważniejszą rolę…

Komiksy "Serenity"

Joss Whedon nie poddał się, wciąż pisze [dobre!] scenariusze do komiksów osadzonych w świecie Firefly. Rebelianci też mają swoje komiksy!

Co jeszcze łączy Rebels i Firefly i stanowi o ich wyższości nad innymi filmami? Nie ma w nich Jar Jar Binksa. To fakt, obok którego nie da się przejść obojętnie.

Obie serie polecam z całego serca.

 

  • „Firefly” – © 2002 20th Century Fox
  • „Star Wars – Rebelianci” – © 2014-2016 Lucasfilm Ltd/Walt Disney Studios Home Entertainment

3 komentarze

  1. Nigdy nie widziałem Firefly, ale szkoda, że nie kontynuują serialu. Brakuje przygodowego SF na dobrym poziomie.

    • Nawet ten jeden jedyny sezon warto obejrzeć, bo jest naprawdę wyjątkowy. A co do SF na dobrym poziomie… No zależy, czego szukasz, bo trochę tego jest 🙂

  2. Firefly urzekł mnie klimatem, zdecydowanie zaliczyłbym go do mojej pierwszej trójki najlepszych seriali sci-fi (obok Babilonu 5 i Battlestar: Galactica). Aż żal zadek ściska, że stacja Fox przerwała jego emisję… zadecydowały ponoć ratingi, a te podyktowała słaba godzina emisji (tzw „friday night death slot”) i beznadziejna reklama. Rzesze fanów nie uratowały produkcji. Aktorzy do dziś chętnie pojawiają się na zjazdach Browncoatów, a Nathan Fillion wielokrotnie wyrażał nadzieję, że serial zostanie przywrócony… Możemy go dziś oglądać w całkiem przyjemnym, detektywistycznym „Castle’u”, w którym swoją drogą pojawiły się drobne nawiązania do „Firefly”.

    Star Wars: Rebels jest skierowany do nastolatków, co nie oznacza, że dorośli nie będą się przy nim dobrze bawić. Faktycznie czuć w nim coś ze starego, dobrego „Firefly”. Nie jest może tak mroczny, a bohaterowie nie skrywają tak wielu tajemnic, ale zawiera sporo fajnych smaczków. Z postaci najbardziej lubię droida C1-10P, jego skłonności socjopatyczne mile kontrastują z poddańczym oddaniem typowym dla innych „śmietników”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *