Łotr 1. Gwiezdne wojny – dream team rodzi się w bólu

Czyli moja krótka i poręczna recenzja najnowszego epizodu. Poniżej prezentuję Wam kilka punktów, dla których warto obejrzeć Łotra 1.

Chociaż właściwie trudno nazwać ludzi oraz planety punktami. Wyjątkowo jak dla sagi Gwiezdnych Wojen udało się wykreować świetne postacie. Aha, spoilery ukryte za pomocą tagów.

  1. Kapitan Cassian Andor – podobał mi się, bo był niepozorny. Nie przedstawiono mi typowego, modnego w filmach science-fiction typu Matta Damona. Cassian nie jest klasycznym wysokim brunetem o niebieskich oczach. Nie, to chudy, niski (kamera umiejętnie to maskuje, ale są momenty, kiedy widać, że jest wzrostu Jyn), ciemnooki, średnio przystojny gość, nieco cyniczny, trochę gburowaty. Kiedy trzeba, bezwzględny, i to tak, że osoby przekonane o Disneyowskim klimacie nowych Star Warsów się srogo zdziwią. Ale spokojnie, kiedy trzeba, kapitan Andor potrafi okazać litość. Ciekawa postać do rozwinięcia, tyle że…
    Uwaga, spoiler!
    .rogue_one_official_gallery_016
  2. Jyn Erso – w trailerze zapowiadało się, że będzie z niej niezła zawadiaka i prawdę mówiąc, trochę żałuję, że iluzja została rozwiana. Miałam nadzieję, że tytuł „Rogue” będzie opisywał przede wszystkim ją. Że będzie takim łotrzykiem, żeńskim Ezrą Bridgerem, ale bez Kanana, który by ją wychowywał i uczył etyki Jedi. Lynn okazała się w miarę normalną, ale zdesperowaną i w gruncie rzeczy silną postacią kobiecą. Ogólnie podobało mi się to, że absolutnie nie można o niej powiedzieć, iż jest przystawką do głównego bohatera. To ona gra pierwsze skrzypce. Tyle że w pewnym momencie jej potencjał został nieco wygaszony, a już scena przemowy przed Radą Sojuszu mnie rozbroiła swoją naiwnością. Serio, scenarzyści powinni podpatrzeć, jak Bioware pisze dialogi do swojego MMO Star Wars: The Old Republic. Mogliby się od nich wiele nauczyć.rogue_one_official_gallery_012
  3. Nie było Jedi. I fakt, że zaliczyłam to na plus, nie oznacza bynajmniej, że nie lubię adeptów stojących po Jasnej Stronie Mocy. Po prostu miło było popatrzeć, jak można radzić sobie będąc zwykłym człowiekiem. Reżyser filmu, Edwards, zapowiadał, że ukaże Gwiezdne Wojny bez mieczy świetlnych – cieszę się, że dotrzymał słowa. Oczywiście, można domniemywać, że Moc jednak wspierała niektórych, np. Chirruta, ale faktem jest, że poza Vaderem nikt jej wprost nie używał. Ani razu nie było jej „widać”. Fajnie.
  4. Darth Vader. Krótka, treściwa, pełna mocy scena. Love. Trochę się bałam, że go upgrade’ują, wydłużą hełm, wcisną w kevlara, ale nie, Vader nawet napierśnik ma jakby z plastiku, z tymi zabawnymi czarownymi przyciskami i diodkami. A jednocześnie nie traci nic ze swego majestatu. Pojawia się raptem dwa razy, ale perfekcyjnie przyciąga naszą uwagę. Najpierw beszta – mało powiedziane – dyrektora Krennica, a potem urządza Rebeliantom jesień Średniowiecza. Biedaczkowie, nie mają szans w ciasnym korytarzu, ale umówmy się, na otwartej przestrzeni też nie zdążyliby nawet pisnąć: „za soju…argh!”. Dla wielbicielek tego przystojniaka: zastajemy go w kąpieli (kolto czy bacta).rogue_one_official_gallery_001
  5. K-2S0 – obok Choppera, to mój ulubiony droid. Wredny jak Hutt, wygadany jak Han Solo, w kluczowych sytuacjach udaje zwykłego blaszaka, by zaraz, za plecami ludzi, rzucić kąśliwą uwagę, która zwala z fotela. Jest cudny. Chcę takiego! Ciekawostka – słyszeliście go już w „Ja, robot”.rogue_one_official_gallery_017
  6. Chirrut Îmwe – niewidomy Azjata ubrany jak samuraj, walczący kijem i strzelający z kuszy? How awesome is that!? Tu nic więcej nie trzeba dodawać, po prostu kupuję go w całości.rogue_one_official_gallery_007
  7. Planety – pustynna Jedha, której udało się uniknąć losu bycia klonem Tatooine, piękny jak z pocztówki Scarif, czyli archiwum Gwiezdnych Wojen. Zupełnie inaczej wygląda trawiasta i surowa Lah’mu oraz pełen wulkanów Mustafar, na którym Vader postawił sobie całkiem niezłą chawirę (ogrzewanie podłogowe w cenie ;-). Już dla samych nastrojowych wizji planet oraz kosmosu warto obejrzeć ten film.
  8. Podobało mi się wyjaśnienie wad konstrukcyjnych Gwiazdy Śmierci – czyli imperialni inżynierowie nie byli kompletnymi debilami.
    Uwaga, spoiler!
  9. Odwołanie do Rebeliantów – w pewnym momencie w bazie Sojuszu zostaje wzywana przez interkom kapitan Syndulla. Jeśli zapowiedzą, że w kolejnych częściach wprowadzą postacie z Rebeliantów, to słowo daję, moje serce nie wytrzyma napięcia. O Star Wars: Rebels pisałam tutaj.
  10. Nie było Jar Jar Binksa. I nie mówcie mi, że nie mógł się pojawić – ostatnia scena, w jakiej go widzimy w serii, to pogrzeb Senator Amidali. Nie wiadomo, jak długo to cholerstwo żyje. Może nawet sto lat? W każdym razie, istnieje ryzyko, że gdzieś się tam o własne nogi potyka. W Łotrze go na szczęście nie widzimy. A każdy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen, w którym nie występuje ta przerośnięta krzyżówka królika z Raymanem, zyskuje u mnie dodatkowy punkt.rogue_one_official_gallery_020

Oraz bonus, czyli rzeczy, od których Wasz umysł odbije się z jękiem bólu, a miłość wobec Gwiezdnej Sagi zostanie wystawiona na próbę:

  1. Grand Moff Tarkin, który wygląda tak nienaturalnie komputerowo, że aż boli. Serio. Mogli nie robić go takiego rysunkowego. Wiem, że problem z CGI tkwi podobno w oczach, ale moim zdaniem cała twarz była dziwna, plastikowa wręcz. Dolina niesamowitości pozostaje jeszcze niesforsowana…
  2. Gwiazda Śmierci strzela tu i tam, zniszczenie rozsiewając nam. Kurde bele, jakby powiedział Lobo, ile to paskudztwo może strzelać? Wielkie jak Chiny, budowane przez kilkanaście lat, rozwala planety jednym pizdnięciem, ale jakoś nie widzę problemu ani z napędem, ani z mocą, którą generuje. W filmach science-fiction biorę wiele rzeczy na wiarę, ale Gwiazdy Śmierci nie mogę ścierpieć. Zwłaszcza w Łotrze 1.rogue_one_official_gallery_022
  3. Bitwa o wrota nad planetą Scarif. Właściwie cała bitwa. W niektórych recenzjach wskazywana jest jako najlepsza część filmu po nudnej pierwszej połowie, dla mnie jest całkowicie na odwrót. Może powoli skłaniam się w stronę filmu psychologicznego? Może po prostu za dużo gram w gry akcji i już nie szukam w filmach efektów? Owszem, efekty, strzelanina, walka, wszystko to było bardzo miłe, ale nie było w stanie przesłonić faktu, że cała walka na Scarifie nie miała sensu.rogue_one_official_gallery_033
  4. Sojusz – oparty na nadziei, tak mówią. A ja uważam, że raczej na szczęściu i głupocie heroicznej. Czy każda misja musi kończyć się totalną rozpierduchą? Tym bardziej, że wszystko przemawiało za operacją wywiadowczą, nie walną bitwą. Jakim cudem rebelianci przetrwali tak długo?
  5. Z drugiej strony, nawet bez rebelii Imperium wykończyłoby się ekonomicznie. Samo. Pomijam już finansowanie projektów typu Gwiazda Śmierci, bo na ten temat powstały już całe prace doktoranckie. Nie uwierzę, że coś tak kretyńsko i rozrzutnie zarządzanego pociągnie choć jeden miesiąc! Serio! Ktoś powinien zabrać Tarkinowi jego zabawki. Palpatine musiał kompletnie zdziadzieć, albo Ciemna Strona Mocy rzuciła mu się na mózg, skoro nie dostrzega, co się dzieje. Tylko Vader wydaje się mieć jakąś inteligencję.

Tak jak obiecałam, krótko, treściwie i na temat. Mam nadzieję, że Was zachęciłam, ale też, że nie narobiłam Wam zbytnich nadziei. Jeśli nie zgadzacie się z którymś punktem, zapraszam do dyskusji w komentarzach :-).

_____________________________

Źródło zdjęć: http://www.starwars.com/rogue-one-a-star-wars-story-gallery.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *